Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




Matce

Bożek wschodu, gdzie z twarzy wschodzą bez wyrazu
dwie krople oceanu - dojrzałe owoce wody,
zastyga przy kominkach i trójkątną twarzą
prowadzi sny puszyste w wilgotne ogrody.
Przez kasztanowy zapach i jesienną wilgoć
kołysze noc wysmukłą jakby widmo łowów
i długo śpiewa pieśni nad zabitą wilgą
wywołując upiory krążące nad głową.
A potem ogień ciągnie złotych iskier struny,
bulgocą oczy, to woda, zenitalne deszcze,
i wieje duszny samum sypkim piaskiem dreszczy,
gdy otworzą się oczy jak martwe pioruny.
Wtedy nagle urosną miękkie łapy kota
i ogromnym tygrysem wyfrunie przez okno
do wygiętej w księżycu samicy ze złota.

Zostanę ja i ogień, i moja samotność.

Krzysztof Kamil Baczyński luty 41r.


Zmierzch spada słodko w ciężkie ramiona bzów
plusz wpada oknem ciężkirni pluskami - krew
noc przechodzi firanki - łąki powiewne snu
umarłe chryzantemy wiatr opłakuje w ulicach.
Dzień obliczem
obrzmiałym wyszczerza zęby jak topielec
(piasek gwiazdy wieczornej na ustach)
noc piele
zmierzch z celuloidowych kwiatów.
Wieczór wypija słońce z napełnionych domów
nikomu...
nie można powiedzieć gdzie światło
kapie bólem w zaklęśniętych snach.
Umiera...
dziecko ma blade powieki - oczy wyprzęgnięte z dnia
śledzi obłoki życia - dołem nabrzmiałe miasto
za oknem w półśnie ulice kołyszą się dźwięcząc
zegar zepsuty o zmierzchu wybija dwunastą.
Ludzie przechodzą wolno słońcem oblani jak miodem
zmierzch szemrze...
wieczór odpływa ogrodem
w małe podmiejskie parki.
Umiera...
dziecko ma usta blade od więdnących świec.
Noc mnie opryskała zieloną rosą gwiazd
drżę
(źle postawiona noga rozsadza pokój - ciszę)
rżą
chmury wprzężone do trumny (od złotyro podków zbyt duszno)
obłoki nogami niecierpliwie grzebią
dymią grzywami napięte oceany - niebo..
Po cieniach - arkadach wonnego mostu
dzień przyjedzie lazurowym pociągiem westchnienia.
Zaczniemy
niebo w błękitne plamy na łąkach zamieniać
po prostu
świt odetchnie zielono
razem
na srebrnych dłoniach dzwonów
odpłyniemy wonnymi kolejami łąki.
Dzień który kipi z drzewa
można pić
śpiewać
kolorowymi chórami ptaków
a wysoko
sosna podarła adamaszek nieba.
Jak w lustrze serce odbiło się w słońcu.
W las barwy zasiewać
cisza przyroodzi w obłoku.
Dzień jak paproć kołysze się w chmurach
macierzanki obrzmiewają bładym złotem
Wiosna
lekko eksploduje samolotem.


Czarne cheruby kołyszą widnokrąg.
Konno, na koniu przestrzelonym przez wiatr.
Ziemia oddycha już wolniej i mokro,
wroną leniwy kracze trakt .
Otom jest rycerz średniowiecza. Drogi
prowadzą wszędzie naraz, a ptaki jak liście
oderwane gałęziom. Biją o ostrogi
kroki traktów, przy drogach płaczą białe wiśnie.
Dni wypełzły do zamków daleko,
a jelenie z lasów wychodząc patrzą lasem.
Przystanę nad bezludną jesionową rzeką
poić konia zielenią i czasem.
Jakież to drogi wypraw? dzwoni cicho niebo.
Pośród liści szeleszczę jak sen o wygnaniu.
Tyle wieków minęło od mego pogrzebu,
tylu ludzi umarło przy ostróg mych graniu.
Mnie nie wolno umierać. Nie jestem upiorem,
tylko wspomnieniem o sobie, trwożliwym zwierzeniem
królewny o zielonym spojrzeniu. Toporem
rozrąbuję gałęzie przed sobą i siebie, a wieniec,
wieniec liści jesiennych kołuje nad czakiem.
Jakie mi góry szklane koń wystuka z podków?
Gdy gwiazdy nieostrożnie przemienione w ptaki
za włosy mnie prowadzą pod melodię słodką.
Jakie tętnią miraże? Oto rosną baszty
zasiane dłonią tęsknot, śpiewniej słychać głos twój.
Oto wieże kołyszą wysmuklej niż maszty.
Ach, nie wrócę już do was. Trakt się zbliźnił ostem.