Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




Kobieta, którą kochałeś, upłynęła w listy,
spotykasz ją w szybie każdego tramwaju.
Gdy odpoczywasz pod przydrożną gwiazdą,
w ciszy zmęczeni odwagą przechodnie
przystają.
Nie śpiesz, zostaniesz zagnany w zaułek,
nie nadążą już stopom wysadzone mosty.
Daleko oknom dospiewano światło:
to palce wydłużone w wiotką melancholię
układają Szopena w akrostych.


Zmierzch spada słodko w ciężkie ramiona bzów
plusz wpada oknem ciężkirni pluskami - krew
noc przechodzi firanki - łąki powiewne snu
umarłe chryzantemy wiatr opłakuje w ulicach.
Dzień obliczem
obrzmiałym wyszczerza zęby jak topielec
(piasek gwiazdy wieczornej na ustach)
noc piele
zmierzch z celuloidowych kwiatów.
Wieczór wypija słońce z napełnionych domów
nikomu...
nie można powiedzieć gdzie światło
kapie bólem w zaklęśniętych snach.
Umiera...
dziecko ma blade powieki - oczy wyprzęgnięte z dnia
śledzi obłoki życia - dołem nabrzmiałe miasto
za oknem w półśnie ulice kołyszą się dźwięcząc
zegar zepsuty o zmierzchu wybija dwunastą.
Ludzie przechodzą wolno słońcem oblani jak miodem
zmierzch szemrze...
wieczór odpływa ogrodem
w małe podmiejskie parki.
Umiera...
dziecko ma usta blade od więdnących świec.
Noc mnie opryskała zieloną rosą gwiazd
drżę
(źle postawiona noga rozsadza pokój - ciszę)
rżą
chmury wprzężone do trumny (od złotyro podków zbyt duszno)
obłoki nogami niecierpliwie grzebią
dymią grzywami napięte oceany - niebo..
Po cieniach - arkadach wonnego mostu
dzień przyjedzie lazurowym pociągiem westchnienia.
Zaczniemy
niebo w błękitne plamy na łąkach zamieniać
po prostu
świt odetchnie zielono
razem
na srebrnych dłoniach dzwonów
odpłyniemy wonnymi kolejami łąki.
Dzień który kipi z drzewa
można pić
śpiewać
kolorowymi chórami ptaków
a wysoko
sosna podarła adamaszek nieba.
Jak w lustrze serce odbiło się w słońcu.
W las barwy zasiewać
cisza przyroodzi w obłoku.
Dzień jak paproć kołysze się w chmurach
macierzanki obrzmiewają bładym złotem
Wiosna
lekko eksploduje samolotem.


Papier wezbrał, a dłoń jak odcięta
niałym ptakiem biegła po nim sama,
aż stanęła; wtedy z czaszki zmiętej
ziała odchłań otwarta jak rana.
Wtedy wstał znad stołu i na barki
ciemność spadła, a on nieprzytomny
poczuł skrzydeł łopot u wargi,
zaczajony grom - u brwi ogromnych.
Stanął w oknie : o krok las przystanął,
wśród powietrza napiętego burzą
nieruchomy, pełen lwów, tytanów
i upiorów, które oczy mrużą.
Cały w grozie, rozpłaszczony lękiem,
człowiek drżał, do czoła podniósł rękę
i zawołał w las, co stojąc groził:
"Kim ty jesteś, który mówisz ze mnie?"
A już pękał bór tysiącem nożyc
i pioruny biły w ciemność - ciemne.

9.XII.1941