Gdy za powietrza zasłoną noc pocznie kształty fałdować
I czuje się jak wielkie ptaki rosnące za chmur kwiatami
Zmierzch schodzi lekko. A ona świeci u okna głową
Jasną jak listek światła i śpiewa piosenkę ciszy.
Długą wijącą się wstęgą głos ciepły w powietrzu stygnie
Aż jego dosięgnie o zmroku i szept przy ustach usłyszy
"Kochany" - szumi piosenka i głowę owija mu, dzwoni
Jak włosów miękkich smuga, lilie z niej pachną tak mocno,
Że on pochylony nad śmiercią, zaciska palce na broni,
Wstaje i jeszcze czarny od pyłu bitwy - czuje,
że skrzypce grają w nim cicho, więc idzie ostrożnie, powoli
Jakby po nici światła, przez morze szumiące zmroku
I coraz bliższa jest miękkość podobna do białych obłoków
Aż się dopełnia przestrzeń i czuje jej głosik miękki
Stojący w ciszy olbrzymiej na wyciągnięcie ręki.
"Kochany" - szumi piosenka, więc kiedy obejmą ramiona
Więcej niż objąć można kochając jedno ciało
Dłoń wielka kształty fałduje za nieba czarną zasłoną
I kreśli na niej zwierzęta linią drżącą i białą.
A potem świat się rozlewa. Broń w kącie ostygła i czeka
Pnie się wąż biały milczenia, przeciągły wydaje syk
I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka,
Bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi.
13.VII. 1944
Nie wierzę w twoje oczy, jak się nie wierzy w niebo.
Wilgotne chmury. Jak co dzień wracam z własnego pogrzebu.
Małe psy biegną naprzeciw jak nieme zwierzenia wieczoru.
Przepływam na ukos ulic, na ukos godzinom i porom.
Jakie to ptaki dolecą? Przestrzeń Pęknięta na pół.
Jaki to murarz rozklei wzniesiony przez ciebie mur?
Kto przeciw śmierci stanie i wzrokiem zatrzyma prąd ten?
Rzucam na ciebie gwiazdę jak naraz modlitwę i klątwę.
Listy pieczęcie na trosce. Nie wierz tym słowom, nie wierz.
Oto umarły dziś rano, nie spotkam cię w czarnym niebie.
r. 1940
Melancholijne damy o rękach z żółtego wosku,
kukły z oczami z fałszywych obłoków,
pobladłe wargi zanurzają w spokój
jak w białe futro troski.
Łuki wygięte trąby i skrzypiec zerwane struny
wiszą na ścianach, na ukos na stłuczonych oknach.
Widma zmierzchliwe biorą znużenie w słomiane palce
i jak soczewkę pomniejszającą wznoszą do oka.
A sale puste; ktoś echo rozlał i zmroził.
Rozlane wino, czy krew rozlana, czy światło?
Tylko postaci, co już odeszły, wklejone ciągle jeszcze w zwierciadło.
I ptak zabity ciągle śmiertelnie jęczy w ogrodzie.
Już ta kareta nigdy nie wróci, a słychać tętent.
Tylko te stoły poprzewracane, rzucone karty.
Twarze przy świecach, twarze z zwierciadeł, twarze przeklęte,
czy nie widzicie? ta zgasła świeca jest czartem.
II.41 r