Żegnaj, księżniczko jawy. W akwarelowe miasta,
pędzi koń mój drewniany płosząc ptaki krzewów,
gdzie ty w kamienny pejzaż jak biały posąg wzrastasz
gdzie moją dawną maską płacze nad tobą niebo.
Miasta dzwonków miedzianych! W pokojach waszych ulic
gwiazdy płyną, gospody, a w szyldzie czerwony kogut,
tam w winny sześcian kubka jak w ciszę się zatulić,
cień nieprawdziwych ludzi jak totem zawiesić nad trwogą
Trzeszczy zbroja, czerwono mury odbija jak rzeka kruków
i płynie ze mną wśród wróbli, wśród czarnych lotów:
z kołyski siodła wieczorem wysiądę i poczekam
na zamek, który wzdłuż ulic nadjedzie w kolczugach łuków
zamkowe sale jak echo - sklepienia martwych chórów
obsiądą mnie, jak pomnik gołębi obsiada trzepot.
Znużony stygnę u sklepień; w strzelnicy rudego muru
twój portret sprzed lat zobaczę, wprawiony w zimne niebo
twe oczy białe od marzeń zawloką mnie nad studnię,
gdzie skuty w drewniane dłonie płomień wody mdławy
w tym wspomnieniu prawdziwym skoczę.....a żółte popołudnie
słońce uwiesi u szyi, żegnaj księżniczko jawy.


Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w huku jak w ogniu jasnym.

Wtedy krzyk krótki zza ściany;
wtedy w podłogę - skałą
i ciemność płynie jak z rany,
i w łoskot wozu - ciało.

Oto jest chwila bez imienia
wypalona w czasie jak w hymnie.
Nitką krwi jak struną - za wozem
wypisuje na bruku swe imię.

listopad 15.XI 41r