Papier wezbrał, a dłoń jak odcięta
niałym ptakiem biegła po nim sama,
aż stanęła; wtedy z czaszki zmiętej
ziała odchłań otwarta jak rana.
Wtedy wstał znad stołu i na barki
ciemność spadła, a on nieprzytomny
poczuł skrzydeł łopot u wargi,
zaczajony grom - u brwi ogromnych.
Stanął w oknie : o krok las przystanął,
wśród powietrza napiętego burzą
nieruchomy, pełen lwów, tytanów
i upiorów, które oczy mrużą.
Cały w grozie, rozpłaszczony lękiem,
człowiek drżał, do czoła podniósł rękę
i zawołał w las, co stojąc groził:
"Kim ty jesteś, który mówisz ze mnie?"
A już pękał bór tysiącem nożyc
i pioruny biły w ciemność - ciemne.
9.XII.1941
Żegnaj, księżniczko jawy. W akwarelowe miasta,
pędzi koń mój drewniany płosząc ptaki krzewów,
gdzie ty w kamienny pejzaż jak biały posąg wzrastasz
gdzie moją dawną maską płacze nad tobą niebo.
Miasta dzwonków miedzianych! W pokojach waszych ulic
gwiazdy płyną, gospody, a w szyldzie czerwony kogut,
tam w winny sześcian kubka jak w ciszę się zatulić,
cień nieprawdziwych ludzi jak totem zawiesić nad trwogą
Trzeszczy zbroja, czerwono mury odbija jak rzeka kruków
i płynie ze mną wśród wróbli, wśród czarnych lotów:
z kołyski siodła wieczorem wysiądę i poczekam
na zamek, który wzdłuż ulic nadjedzie w kolczugach łuków
zamkowe sale jak echo - sklepienia martwych chórów
obsiądą mnie, jak pomnik gołębi obsiada trzepot.
Znużony stygnę u sklepień; w strzelnicy rudego muru
twój portret sprzed lat zobaczę, wprawiony w zimne niebo
twe oczy białe od marzeń zawloką mnie nad studnię,
gdzie skuty w drewniane dłonie płomień wody mdławy
w tym wspomnieniu prawdziwym skoczę.....a żółte popołudnie
słońce uwiesi u szyi, żegnaj księżniczko jawy.